Barwne kwiaty i kolorowe ptaki spoglądały na mnie z krakowskich słupów ogłoszeniowych. W te pochmurne, wiosenne dni ich różnorodność i egzotyka wabiły mnie niczym rosiczka niewinną muszkę. Dawały też otuchy, że kultura wraca do życia po ciężkim czasie pandemii. Okazało się, że plakaty te reklamowały wystawę „Rośliny i zwierzęta. Atlasy historii naturalnej w epoce Linneusza” prezentowaną w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie. Istnieje w MCK coś tak pięknego dla krakowskiego centusia, jak „happy hours”! Dzięki temu bilet na wystawę kosztował jedynie 2 złote! I to były dobrze zainwestowane 2 złote!

Ze starego zielnika
Od progu witają nas zielniki, a dokładniej wielowymiarowe wycinanki roślin, oraz ukryte za gablotami opasłe, 18-wieczne tomiska przedstawiające świat roślin. Ta fantastyczna feeria barw to efekt odbitek graficznych, które zostały ręcznie kolorowane akwarelami i gwaszami.
Tuż za rogiem uderza nas olbrzymia tapeta wyjęta wprost ze starego zielnika. Prezentuje nie tylko barwny świat roślin, ale i liczne żyjątka żerujące na wybranych przedstawicielach flory. Spoglądając na tę wielką ścianę, tak pięknie pokolorowaną, dotarło do mnie przesłanie tej wystawy.

Koń jaki jest, każdy widzi… Ale nie dawniej!
W dobie Internetu wystarczy wpisać dowolną nazwę rośliny bądź zwierzęcia, aby na ekranie monitora wyświetlił się nam właściwy wynik — czyli przedstawiciel szukanego gatunku. Ale 300 lat temu wciąż odkrywano nowe gatunki fauny i flory… A przede wszystkim mierzono się z trudną sztuką odpowiedniego nazewnictwa oraz dokładnego odwzorowania okazu na papierze. W tamtych czasach, bardziej niż kiedykolwiek później, to nauka musiała bratać się ze sztuką, aby ukazać piękno przyrody licznemu gronu odbiorców. Naukowcy musieli podać rękę malarzom, rysownikom lub samemu nauczyć się fachu miedziorytu, by czerpać korzyści finansowe ze sprzedaży atlasów przyrodniczych i dzięki nim finansować kolejne badania.
Patrząc wówczas na tę olbrzymią tapetę, uzmysłowiłam sobie ważną rzecz. To, co dla nas teraz jest codziennością (bo możemy odwzorować rośliny i zwierzęta z dowolnego źródła, jakim są książki, internet, zoo czy ogrody botaniczne), w tamtych odległych czasach było niezwykle karkołomną sztuką, gdyż wzorców nie było nigdzie. Wszystkie trzeba było stworzyć od samego początku.
O wystawie słów kilka
Na wystawie zgromadzono 40 atlasów, 400 rycin i 90 wielkoformatowych plansz, oraz wzbogacono je rycinami z epoki, oraz m.in. porcelaną miśnieńską z motywami botanicznymi. Wiele z tych dzieł wydobyto ze zbiorów PAU i PAN w Krakowie. Najstarsze dzieło pochodzi z pierwszej połowy XVII wieku, najnowsze zaś z początków XIX stulecia.

Moja Spółka najwięcej czasu spędziła w sali przedstawiającej kolorowy świat ryb. Trzeba przyznać, że liczba grafik jest imponująca. Wśród wiszących tam rysunków znalazły się dzieła Georfer Cuvier (1769-1832), który wraz ze swym uczniem opisał cztery i pół tysiąca gatunków ryb! Co więcej, wszystkie z nich zostały przedstawione na ilustracjach, dlatego atlas ten zawierał aż 22 tomy!
Mnie zaś najbardziej przypadł do gustu świat rajskich ptaków. „Zamorze” prezentowane jest w turkusowej sali, a grafiki wesołych tukanów i papug wyglądały jak żywe okazy. Także malunki roślin — tych zwykłych, które znamy z pól i przydomowych ogródków – zebranych w sali z wesołą kwietną kanapą, roztopiły moje serce.
Jak to drzewiej bywało?
Nie sposób w tym wpisie nie przytoczyć choćby jednej z wielu barwnych historii załączonych do ulotki towarzyszącej wystawie. Dla przykładu Maria Sibylla Merian (1647-1717), choć od dzieciństwa kochała obserwować przyrodę, zajmowała się tworzeniem i wydawaniem wzorników dla hafciarek. Dopiero później swe artystyczne zdolności wykorzystała do celów naukowych. Stworzyła ona kolekcję 50 miedziorytów, które przedstawiały gąsienice, ich kokony oraz przepoczwarzone motyle pochodzącej z jej osobistej hodowli. Jej prace były pierwszymi w Europie ilustracjami przedstawiającymi wygląd żywych owadów.
Wydanie atlasu przyrodniczego było w tamtych czasach kosztowną inwestycją. Maria miała szczęście — wydanie jej kolejnego już atlasu wsparło dwunastu zamożnych subskrybentów z Holandii. Ale nie było to byle jaki atlas. Jej rysunki zmienione na ryciny były sztychowane przez trzech miedziorytników, a następnie każdy egzemplarz był ręcznie kolorowany.
Nie trzeba wiedzieć kim był Linneusz, by zobaczyć „Rośliny i zwierzęta”.
Może wiecie, kim był Linneusz… Ja z jego osobą musiałam się dopiero zapoznać przed pójściem na wystawę. Bo choć szłam tam dla pięknych, kolorowych obrazów roślin i zwierząt, to warto było choć co nieco wiedzieć na temat tego, którego nazwisko pojawia się w drugim członie tytułu wystawy.
Otóż Linneusz jako pierwszy w historii zastosował dwuczłonowe nazewnictwo gatunków roślin i zwierząt. Składało się ono z nazwy rodzajowej i gatunkowego epitetu. Przed wprowadzeniem jego klasyfikacji, różnie to z tym nazewnictwem bywało.

Weselakowa radzi
- wystawę „Rośliny i zwierzęta. Atlasy historii naturalnej w epoce Linneusza” można podziwiać w Międzynarodowym Centrum Kultury do niedzieli, 18 października 2020r.;
- w każdy wtorek i środę, w godzinach od 15 do 16 obowiązuje bilet za 2 złote. W pozostałe dni tygodnia i godziny bilet normalny – 13 zł, bilet ulgowy – 8 zł, bilet rodzinny – 20 zł;
- dzieci do 5 roku życia wchodzą za darmo;
- w dobie rygorystycznych przepisów sanitarnych na wystawę może wejść jednocześnie 5 osób; kolejne 5 osób wpuszczanych jest gdy wystawę opuści taka sama liczba zwiedzających;
- wystawa nie jest dedykowana dzieciom, ale mojej Spółce bardzo się spodobała! Uważam, że jest świetna i nie ma przeszkód, aby zabrać na nią dziecko.
Masz ochotę na więcej wypraw z Weselakową i Spółką?
Kliknij poniżej w dowolnie wybrany baner, a przeniesiemy Cię w kolejne piękne miejsce!

