Wraz z końcem złotej, polskiej jesieni, wiele osób odpuszcza górskie wędrówki. No bo błoto, bo zimno, bo zmierzch nadchodzi szybko. Do niedawna także należeliśmy do tej grupy osób. Ale gdy mieszka się w tak zanieczyszczonym mieście, jak Kraków, dni spędza się przed ekranem komputera, a dzieciaki przesiadują na szkolnej świetlicy do późna, to w weekend aż chce się „popatrzeć na zielone” i pooddychać czystym powietrzem. Zrozumieliśmy, że nie trzeba jechać hen, daleko, aby ten plan zrealizować. Nie trzeba też porywać się na nie wiadomo jak wysokie szczyty, aby odczuwać satysfakcję z wędrówki. Szukając więc takiego miejsca na mapie, objawiła mi się Łysina w Beskidzie Wyspowym.

Jak dojechać?
Na Łysinę można wdrapać się z trzech stron: żółtym szlakiem z Zasania lub Lubnia albo czarnym lub czerwonym z Pcimia. Dwie ostatnie miejscowości są doskonale skomunikowane z Krakowem, więc dotarcie tam wraz z lokalnymi przewoźnikami nie będzie trudne. Jest też opcja dla zmotoryzowanych, z której skorzystaliśmy. Jako że wędrówkę na Kudłacze zaliczyliśmy w maju zeszłego roku, postanowiliśmy dotrzeć pod tę górę własnym samochodem. Czas przejazdu z Krakowa zajął nam 45 minut. 200 metrów od schroniska na Kudłaczach znajduje się prywatny, płatny parking (7 PLN za cały dzień postoju). Może i jest to opcja dla wygodnych, ale kto powiedział, że do nich nie należymy?
Łysina w Beskidzie Wyspowym
Wyruszamy na Łysinę (891 m n.p.m) z Kudłaczy czerwonym szlakiem. Trasa biegnie delikatnie w górę, a różnica przewyższeń to jedyne 155 metrów. Na drogę powrotną wybraliśmy szlak czarny. W ten sposób trasa układa się w pętlę, którą małe nóżki są w stanie przejść w czasie dwóch godzin z odpoczynkiem na niesione w plecakach kanapki. I co ważne, nie wraca się tą samą trasą, co w przypadku dzieci jest szczególnie ważne. Lubią, gdy otoczenie się zmienia.
Łysina wcale nie taka łysa
Nie jest to jakiś szczególnie ważny czy urokliwy szczyt. W zasadzie to jest jednym z dwóch mijanych na trasie do bardziej popularnego Lubomira (904 m n.p.m.), na którego szczycie znajduje się obserwatorium astronomiczne. Jest to szczyt otoczony drzewami, nie ma z niego spektakularnych widoków. Zresztą, powiedzieć, że na trasie z Kudłaczy na Łysinę są jakiekolwiek widoki, byłoby nadużyciem. Nie jest też tam tak pięknie, jak na trasie z Tobołczyka na Stare Wierchy, ale jest blisko! I co ważne, mimo bliskości Krakowa, nie odnotowuje się w okolicy Kudłaczy smogu, którym oddycha gród Kraka.
Ale czy zawsze musi chodzić o widoki? Fajnie, jeśli trasa jest widokowa, ale — jak wspomniałam we wstępie — w tej wycieczce chodzi o to, by pobyć na chwilę w otoczeniu natury. By dzieci mogły pobiegać, zmęczyć się, pooddychać czystym powietrzem. Aby móc spędzić czas razem i porozmawiać o głupotach albo rzeczach dla nas ważnych.
Listopadowe wędrówki przez las są pełne niespodzianek. Niby jest szaro i buro, ale wystarczy zwrócić uwagę dzieci na intensywnie zielony mech lub jedyne w zasięgu wzroku drzewo wciąż z żółtymi liśćmi, by je zainteresować i zacząć bawić się w „kolory”. Były więc ostatnie w tym sezonie żółte kwiaty, białe grzyby, rdzawe i czerwone liście… Czy coś jeszcze? Sami sprawdźcie! Listopad wciąż trwa!
Spacer, czy to w górach czy przez las, jest też idealną okazją na zebranie materiałów na jesienne i bożonarodzeniowe ozdoby czy wianki. O ile nie znajdujemy się na obszarze chronionym czy w parku narodowym, to warto przynieść z takiej wędrówki „skarby”, którymi później ozdobimy dom. Szyszki, kora, gałęzie, liście, mech – to wszystko możemy potem wykorzystać na przykład na jesienny wianek.
Łapcie więc te ostatnie listopadowe ciepłe dni, bowiem zima już za pasem. Ale jak mówią Norwegowie: „Nie ma złej pogody. Są tylko źle dobrane ubrania”. Mam więc nadzieję, że zimą też damy radę!