Korzystając z bliskości Bośni i Hercegowiny podczas naszego pobytu w Chorwacji, wybraliśmy się do Mostaru. Mostar był jedynie jednodniową wycieczką, jednak zapadł mi w pamięci jako miejsce wyjątkowe i zasługujące na osobny wpis na blogu. Miejscy przewodnicy mówią o Bośni i Hercegowinie, że jest jak trzygłowy smok. Dlaczego? Zaraz się dowiecie.

Sprzedam samochód! Tanio!
Szlaban graniczny idzie w górę. Przekraczając granicę w Goricy czujemy się tak, jakby ktoś postawił przed nami stary, czarno-biały telewizor i kazał oglądać na nim kolorowy film. Trawa stała się bardziej wypalona, niebo jakby poszarzało, kolory wyblakły, a domy przybrały dziwne, pokraczne kształty. Nie spodziewaliśmy się aż tak dużego kontrastu między Chorwacją a Bośnią i Hercegowiną, i to zaledwie po przejechaniu kilku kilometrów. A do tego mamy wrażenie, że wszyscy handlują tu samochodami — tak jakby nie było tu innego źródła zarobku. W każdym ogródku i jakimkolwiek wolnym placu stoją samochody na sprzedaż.
Trzygłowy smok
Trzygłowy smok, jak o tym kraju mówią przewodnicy, to zbitek trzech narodowości: chorwackiej, serbskiej i bośniackiej, a także trzech religii: katolicyzmu, prawosławia i islamu. Jedno ciało, jeden organizm — państwo, i trzy odrębne głowy — narodowości i religie; każda ciągnąca w swoją stronę.
Najbardziej swą odrębność manifestują tu Chorwaci: flagi ich kraju powiewają na każdym domu zamieszkałym przez tę narodowość. Inne nacje są mniej widoczne. Nie oceniamy tego — byłoby to trudne opierając się jedynie na relacjach z tego, co tutaj się działo. Wojna w Bośni i Hercegowinie przypadła na czas mojego dzieciństwa i pamiętam jedynie migawki wojennych zdjęć i Milewicza w kuloodpornej kamizelce. Ale Mostar i mijane po drodze miejscowości wciąż noszą na sobie niezabliźnione ślady wojny. Widać je gołym okiem.
Stary Most nad Naretwą
Tego dnia słynny Stary Most był oblegany bardziej niż Most Karola w Pradze. Tłok potęgowali ludzie czekający na słynną grupę śmiałków, która wykonuje skoki z mostu, wprost do zimnych wód Naretwy. W starej części miasta dziś nie widać już śladów wojny. A ona niestety dla Mostaru nie była łaskawa. Gdy z jednego wzgórza wynieśli się Serbowie, ich miejsce szybko zajęli Chorwaci. I to właśnie ci drudzy, w 1993 roku zniszczyli szesnastowieczny most. Serce miasta stanęło, a następnie zostało rozerwane na strzępy! Dlatego odbudową mostu po wojnie żył cały świat! Do odbudowy zabytku zatrudniono najlepszych rzemieślników, którzy odtworzyli 400-letnie dzieło osmańskich budowniczych. Kamienne bloki, jeden na drugim, 21 merów w górę nad poziom Neretwy. Dziś most znów zachwyca i elegancko pręży się nad turkusowymi wodami rzeki. Serce miasto znów bije. Po przeszczepie, ale bije.
Miasto inne niż wszystkie
Po trochę miałkich i nijakich chorwackich miasteczkach Mostar był „jakiś”. Dał nam coś od siebie: trudną historię, poszarpane od kul mury, meczety, nawoływania muezinów i przestrzeń do spacerów. Czuć w nim było powiew orientu: nie tylko poprzez zasłonięte od stóp do głów muzułmanki, ale także przez parzoną na gorącym piasku kawę i ociekającą miodem baklavę. Na lewym brzegu rzeki — w muzułmańskiej części — znajdują się największe atrakcje turystyczne, czyli meczet Koski Mehmed-Paszy z siedemnastego wieku i szesnastowieczny meczet Karadjoz-Bega. Prawa część miasta jest chrześcijańska, jednak każda tak samo źle została potraktowana w czasie wojny i każda z nich wciąż liże rany.
Trudne zwiedzanie
Trudnym przeżyciem był spacer po cmentarzu, tuż za murami starego miasta. Na nagrobkach wyryty rok urodzenia: 1974, 1975. Data śmierci 1991 czy 1992… Osiemnastolatkowie, dwudziestolatkowie pochowani w białych trumnach, przykryci białymi nagrobkami… Z jednej strony śmiech, gwar, pamiątki i skoczkowie, a 200 metrów dalej dziury po kulach, cmentarze i rozsypujące się budynki. Zawsze byłam ciekawa jak wygląda zwykłe życie w miejscach wielkich zbrodni: Mostar, Sarajewo, Oświęcim, Choeung Ek. Czy żyje się tam tak samo jak w każdym innym mieście?
Granat w słoiku
Przez przypadek trafiliśmy na targ, na którym obkupiliśmy się w miody: z granatu, lawendy i figi. Nie było na nich barwnych etykiet, które miały zachęcać do kupna. Były to proste naklejki, w zwykłym słoiku z zakrętką po kompocie, jednak ich zawartość powalała z nóg. Takie też będą moje wspomnienia z Bośni i Hercegowiny — krajobrazy nieostre i wyblakłe jak etykietka, ale doznania wyraziste niczym miód z granatów.

Masz ochotę na więcej wypraw z Weselakową i Spółką?
Kliknij poniżej w dowolnie wybrany baner, a przeniesiemy Cię w kolejne piękne miejsce!
