Dziś, gdy jedzie się do Nowego Wiśnicza, ma się wrażenie, że miejscowość ta i zamek stoją pośrodku niczego. Ale w XIV wieku nie była to byle jaka miejscowość. Położony nad rzeką Leksandrówką, w niedalekiej odległości od kopalni soli w Bochni i królewskiego Krakowa, Wiśnicz był ważnym punktem na szlaku handlowym z Węgrami. To tędy wędrowali kupcy i handlarze solą, suknem i ołowiem z Olkusza. Drogą, którą wjechaliśmy do zamku, wędrowały poczty królewskie do samego Jana Kmity i odwiedzającej zamek Bony, czy — później — Stanisława Lubomirskiego. Zamek w Nowym Wiśniczu przyjechaliśmy na własne oczy zobaczyć i my!

Za grubymi murami, za pięcioma basztami
Zamek — twierdza. Tak w skrócie można powiedzieć o wiśnickim zamku. Jego pięć baszt wznosi się dumnie na jednym ze wzgórz nad doliną rzeki Leksandrówki. Widać je z daleka! Czerwona dachówka połyskuje w wiosennym słońcu. Do pełni chwały i świetności brakuje jedynie trzepoczących na wietrze flag z herbem Szreniawy i Lubomirskich. Stromym podjazdem wtaczamy się na parking usytuowany pod murami zamku — są wysokie, grube i okalają zamek pięciokątnym pierścieniem, a każdy ich róg zakończony jest bastionem. Obce wojska nigdy nie dałyby im rady! Wiśnicza nigdy nikt nie zdobył, bo… nawet nie próbował!
Przez barokową bramę wjazdową w formie łuku tryumfalnego wchodzimy na rozległe podzamcze. Na pierwszy rzut oka rzuca się w oczy ogrom twierdzy, ale po chwili jej groźny wygląd łagodzi Kmitówka. To niska zabudowa kuchenna obficie obsadzona o tej porze roku makami. Jeszcze tylko bilety i przez ciężkie wrota wchodzimy do tej ponad 600-letniej posiadłości.
Odrobina Italii na Pogórzu Wiślickim
W promieniach wiosennego słońca zamkowy dziedziniec wygląda jak żywcem wyjęty ze słonecznej Italii. Choć z trzech stron otaczają go wysokie zamkowe mury i tylko jedna pierzeja wykończona jest trzykondygnacyjną loggią, to robi on wrażenie. Dziedziniec wykończony jest miodowym odcieniem farby, a jedna ze ślepych ścian ma namalowane iluzjonistyczne okna. Jego widok przywołuje w mej pamięci włoskie dziedzińce i posiadłości – przez chwilę poczułam się jak na wakacjach. Miłe to uczucie w dobie pandemii!
Przez dość zwykłą klatkę schodową, ale z pięknie zdobionym sklepieniem, wchodzimy wpierw na pierwsze, potem na drugie piętro zamku, mijając po drodze skromnie wyposażone komnaty. Zarówno na Spółce, jak i na mnie największe wrażenie robią olbrzymie, wielobarwne gobeliny wiszące na olbrzymich ścianach zamku. Ten największy ma — bagatela! — 735 x 320 cm i przedstawia „Królewskie łowy”. Nie jest to żaden zabytek, ale jego ogrom nie pozwala przejść koło niego obojętnie. Dzieciaki w ramach matematyki (tak, wciąż mamy zdalną szkołę) dostają za zadanie policzyć wszystkie zwierzęta na gobelinie. Poddają się przy sześćdziesięciu! Z góry przyglądamy się pięknie zdobionej kaplicy, z której puszczają do nas oko niebieskie cherubiny.
Wiśnicz to także kuchnia! To tutaj powstała pierwsza w Polsce książka kucharska! Stanisław Czerniecki, kuchmistrz na dworze Lubomirskich, wydał swoje przepisy w 1682 r. pod tytułem Compendium ferculorum czyli zebranie potraw. Ot, taka ciekawostka!


Bona, jej osiołek oraz pierwszy z trzech opiekunów
Zamek w Nowym Wiśniczu ma barwną historię. Musieliśmy do niej dotrzeć sami, gdyż w dobie pandemii przewodnicy — choć obecni podczas zwiedzania — nie udzielają żadnych informacji o zamku. A historię ten zamek ma bogatą!
Mówi się, że miał on trzech głównych opiekunów. Pierwszego, Piotra Kmitę herbu Szreniawa, który — będąc starostą sieradzkim, ruskim i krakowskim — rozpoczął w XIV wieku tworzenie klucza posiadłości ziemskich wokół Wiśnicza. Zamek był jego oczkiem w głowie i stworzył z niego ośrodek renesansowej kultury. Bywali tu zarówno poeci, jak i sama Bona. Mówi się, że urządzała sobie przejażdżki na osiołku na górnej galeryjce wieży. Krążą też legendy, jakoby Piotr Kmita podsłuchiwał w jednej z sal spowiedzi swej żony. Akustyka tej sali pozwala usłyszeć słowa wyszeptane przy przeciwległej ścianie. Może i miał ku temu powody — wszak umarł bezdzietnie. Potem zamek przez 40 lat był we władaniu rodziny Barzich, od których to posiadłość odkupili Lubomirscy.
Lubomirscy – drudzy opiekunowie
To za ich panowania — a zwłaszcza za czasów Stanisława Lubomirskiego — zamek przeżywał swój najwspanialszy okres. Wzbogaciwszy się na dzierżawie żup solnych, majątek inwestowali w wiśnicki zamek, zamieniając go w twierdzę. Miasteczko uzyskało także akt lokacyjny (Stary Wiśnicz leży obok, a zamek stał już w Nowym Wiśniczu). To wówczas zaczęto projektować komnaty, w okna wstawiać witraże, drzwi ubierać w marmurowe portale, przyjmować najznakomitszych gości i urządzać wystawne przyjęcia dla przedstawicieli elity ówczesnej Rzeczypospolitej. Niestety potop szwedzki zakończył złote lata tego miejsca. Lubomirscy oddali zamek wraz z klasztorem karmelitów bez walki, a Szwedzi cały majątek załadowali na 150 wozów i wywieźli. Gdzie? Któż to wie! Zamek niszczał, potem strawił go pożar, dobiła wojna i PRL.
Niespodziewana wizyta
Ostatnim opiekunem zamku — już po wojnie — został Alfred Majewski. Po II wojnie światowej, przyjechawszy z Lwowa, objął on posadę konserwatora na Wawelu. Podczas jednej z wiosennych przejażdżek dojechał do Nowego Wiśnicza i ujrzał zrujnowany zamek. Był to obraz nędzy i rozpaczy – zawalone dachy i stropy, rozsypane niczym puzzle mury. Postanowił oddać w jego odbudowę całą swą wiedzę, siłę i serce. To dzięki niemu oglądamy dziś zamek w tak świetnym stanie.
Co napisze historia?
O (swój?) majątek upomnieli się Lubomirscy, którzy walczą ze Skarbem Państwa o zamek w Nowym Wiśniczu. Mają w rękach twarde jak mury wiśnickiego zamku dokumenty — przedwojenny akt własności. Na drugiej szali leży państwo, które przez kilkadziesiąt lat łożyło na odbudowę i utrzymanie zamku. I choć tarnowski sąd w 2019 roku orzekł, że Lubomirskim zamek się nie należy, wnieśli oni o kasację wyroku. To dlatego sale są skromnie wyposażone — państwo nie chce więcej łożyć na ten piękny zabytek, gdyż jego przyszłość jest wciąż niepewna… Niemniej jednak warto tu przyjechać, gdyż można go mieć — tak jak my — w całości dla siebie. Byliśmy sami w wielkim zamku, na jego dziedzińcu i na podzamczu. Nareszcie czułam się jak Pani na włościach!
Weselakowa radzi
- Zamek oferuje kilka trasy zwiedzania — każda z nich jest osobno płatna. Warto zapoznać się więc z ofertą zamku przed przyjazdem tutaj. Trochę szkoda, że w ramach jednego biletu nie można zobaczyć całego obiektu.
- U podnóża zamku, nad brzegiem Leksandrówki oddano niedawno do użytku piękne tereny rekreacyjne — ścieżki spacerowe, leżaki, ławeczki — po zwiedzaniu warto się tam wybrać na piknik.
- Jeśli komuś mało zwiedzania, to 8 kilometrów dalej, w Lipnicy Murowanej stoi kościółek św. Leonarda wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Warto!
- Nowy Wiśnicz leży na Pogórzu Wiśnickim. Lekko pofalowany krajobraz oraz ciekawe w formie ostańce inspirowały samego Jana Matejkę. Jest tu sporo szlaków turystycznych, które czekają na odkrycie!
Masz ochotę na więcej wypraw z Weselakową i Spółką?
Kliknij poniżej w dowolnie wybrany baner, a przeniesiemy Cię w kolejne piękne miejsce!


Z szacunkiem i podziwem ślędzę twego bloga, uważnie czytam wszystkie posty, to jest dobra i właściwa droga budować dydaktyczne „mosty”.
Cieszę się na wieść o tak wiernym czytelniku / wiernej czytelniczce.