Choć Czechy są niewielkim krajem, mają tak wiele interesujących miejsc i zabytków, że ciężko doprawdy zdecydować, w które miejsce pojechać w pierwszej kolejności. Podpowiedzią może być lista UNESCO, która — choć nie jest wyrocznią — może w pewien sposób ukierunkować zainteresowania oraz pomóc wytyczyć trasę zwiedzania. Czeskie Morawy, mieszczą w sobie aż 5 z 14 miejsc wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Naszą trasę wytyczyliśmy w taki sposób, by zobaczyć 3 z nich.



Plan wyjazdu
Ponieważ planowaliśmy przejechać trasę przez czeskie Morawy na rowerach, podzieliliśmy ją na kilka mniejszych etapów:
- Ołomuniec – Kromieryż (45 km)
- Kromieryż – Uherskie Hradiste (40 km)
- Uherskie Hradiste – Hodonin (45 km)
- Hodonin – Valtice (50 km)
- Valtice – Lednice – Mikulov (30 km)
- trasę można dalej kontynuować z Mikulova do austriackiego Laa an der Thaya (30 km) lub Znojma (60km)
Jak później się okazało, pogoda postanowiła zmienić nasz plan, ale o tym w dalszej części.
Dwa słowa o trasie
Warto zacząć od przedstawienia profilu wysokościowego trasy z Ołomuńca do Mikulova. Prezentuje się on dość przyjemnie. Trzy pierwsze odcinki (Ołomuniec – Kromieryż – Uherskie Hradiste) to idealna trasa dla rodzin z dziećmi lub początkujących rowerzystów. Po pierwsze dlatego, że przez 120 km trasa niemal bez przerwy biegnie lekko w dół i 40-kilometorwe odcinki pokonuje się bez zadyszki. Po drugie, ścieżki są w 90% odseparowane od głównych dróg i zwykle prowadzą wiejskimi dróżkami, drogami polnymi, wałami przeciwpowodziowymi lub specjalnie wybudowanymi drogami rowerowymi. Czyni je więc bezpiecznymi dla dzieci i nawet najmniej wprawiony rowerzysta da sobie z tą trasą radę. Obiecuję!

Dzień 1 – Ołomuniec
Gdyby nie rozpad państwa wielkomorawskiego, to kto wie, może w Ołomuńcu mieściłaby się dzisiaj stolica Czech? Praga zaś byłaby jedynie większym miastem regionalnym. Miasto, które po Pradze liczy najwięcej zabytków, bardzo pozytywnie zaskakuje małomiasteczkowym charakterem. A przecież wcale małe nie jest: jest tu uniwersytet, katedra wraz z archidiecezją, teatr, filharmonia, klasztor, kolegiata, liczne muzea czy ogród botaniczny i zoo.

Zwiedzanie standardowo rozpoczyna się od rynku — i słusznie. Barokowe fontanny, kolorowe kamieniczki i eklektyczny ratusz z licznymi wieżyczkami sprawia, że miasto aż prosi się, aby się mu bliżej przyjrzeć. Na północnej fasadzie ratusza znalazł swe miejsce także i orloj — zegar astronomiczny. Jest inny od swojego praskiego brata — ten, w okresie socrealizmu doznał „ulepszenia” w postaci wymiany figurek świętych na „ludzi pracy”.


Duma Ołomuńca – kolumna morowa
Tuż obok wznosi się duma Ołomuńca: 35-metrowa kolumna morowa Najświętszej Trójcy, która zarazem jest najwyższą wolnostojącą barokową rzeźbą Europy środkowej. Jej wysokość bije na głowę wieżę ratuszową, a postument jest tak wielki, że mieści w swoim wnętrzu kapicę. Kolumny morowe można spotkać także i w innych czeskich miastach. Ta w Ołomuńcu powstała w związku z zarazą, która w latach 1714-1716 zbierała liczne żniwo w okolicy. To spowodowało, że myśli mieszkańców wróciły do Boga i postanowiono postawić kolumnę. Miasto w tym czasie posiadało już jedną kolumnę wdzięczności za uniknięcie zagłady, ale w ocenie mieszczan nie była ona wystarczająco wspaniała. Budowa nowej kolumny trwała bardzo długo, a w jej powstanie zaangażowało się wielu lokalnych rzemieślników i artystów. Poświęcono ją dopiero po 38 latach od rozpoczęcia budowy. Dziś to ona, nie miasto, jest wpisana na listę UNESCO.



W innej części starego miasta znajduje się druga, dużo mniejsza Kolumna Mariacka. A naprzeciwko niej rewelacyjna Hanácká Hospoda serwująca przepyszne knedliki z gulaszem i pierwszej jakości dziczyznę (jadłam, polecam!)
Śmierdzące skarpety i inne cuda
Wyjście na wieżę ratuszową lub wieżę kościoła św. Maurycego daje możliwość ogarnięcia miasta z innej perspektywy. To kusząca propozycja zwłaszcza dla dzieciaków, chociaż wejście na wieżę kościoła św. Maurycego może przyprawić rodziców o dreszcze.

Koniecznie trzeba wybrać się na spacer po mieście, zwiedzając przy okazji katedrę św. Wacława wraz z cudami Muzeum Archidiecezjalnego.


Spacer wzdłuż murów miejskich lub Młyńskiego Potoku do zoo lub ogrodu botanicznego także da sporo satysfakcji. Na zwiedzanie miasta trzeba poświęcić 2 dni, gdyż jego atmosfera i mnogość atrakcji nie pozwolą na wcześniejszy wyjazd. Można tak jak i my, zwiedzić miasto na rowerze.
A najlepiej to usiąść u podstawy kolumny morowej, oglądać życie mieszkańców i w ten sposób chłonąć atmosferę miasta. Zamiast drożdżówki, warto spróbować specjalności regionu, czyli serków ołomunieckich, które charakteryzują się silnym zapachem (z serii „komu śmierdzą skarpety?”). Można je kupić na rynku, w sklepie firmowym. Produkowane są tylko przez jedno przedsiębiorstwo, a najstarsze wzmianki o wytwarzaniu tego typu sera pochodzą z XVI w.


Dzień 2 – W drodze do Kromieryża
Po nocy spędzonej w Ołomuńcu wyruszyliśmy na naszą pierwszą wyprawę rowerową. Zaraz za Smetanovymi Sadami wyjechaliśmy na świetnie oznakowaną i dobrze utrzymaną ścieżkę rowerową nr 47.



45-kilometrowa trasa biegła przez rozległe pola rzepaku i kukurydzy, maleńkie wsie, miasteczka i sady. Spora jej część prowadziła też przez lasy łęgowe i groble między stawami rybnymi w okolicach Tovacova, wprost do kolejnej perełki czeskiej architektury – Kromieryża. Czeskie Morawy są pełne takich perełek!



Trasa sama w sobie nie była uciążliwa. Co jakiś czas można było skorzystać z odpoczynku w altankach lub zatrzymać się w urokliwych miasteczkach na filiżankę kawę z widokiem na zamek czy pałac. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że czeskie Morawy słyną nie tylko z wina i zabytków techniki, ale także z zamków i pałaców. Pojawiały się one na naszej trasie dosłownie co jakiś czas, czasami nawet w szczerym polu.

Kromieryż
Do Kromieryża docieramy od strony rzeki Morawy. To niewielkie miasto wzbogaciło się w XII w. poprzez udostępnienie przeprawy przez most nad rzeką Morawa. Było też letnią siedzibą biskupów ołomunieckich. Miastu trafił się wybitny opiekun — biskup Bruno z Schauenburku, który zadbał o wiele morawskich grodów, ale jego oczkiem w głowie stał się Kromieryż. Wzniósł tu zamek, ufortyfikował miasto i rozpoczął budowę kościoła św. Maurycego. I choć miasto w późniejszej historii doszczętnie strawiła wojna trzydziestoletnia, to miało ono szczęście do zarządców. Biskup Karol Lichtenstein z Castelcorn odbudował je wraz z pałacem arcybiskupim i przylegającym doń 64-hektarowym parkiem urządzonym w angielskim stylu. Akweny wodne, fontanny, romantyczne altanki i mostki oraz mnóstwo kwiatów i ptactwa to kwintesencja tego miejsca. O mieście tym mówiło się „Hanackie Ateny” ze względu na swoje spektakularne piękno i przepych. I jest w tym sporo prawdy.




Pałac Arcybiskupi kryje w swoich wnętrzach piękne eksponaty oraz rozległe piwnice winne, jednak na szczególną uwagę zasługuje tu kolekcja środkowoeuropejskiego malarstwa XV-XVII wieku z oryginalnymi dziełami Tycjana czy van Dycka.




Ale Kromieryż to nie tylko miasto, pałac czy park pałacowy. Na listę UNESCO zostało także wpisane XVII- wieczne architektoniczno-krajobrazowe założenie Ogrodu Kwiatowego. Położone jest ono nieco na uboczu, 800 metrów za ukwieconym rynkiem i jest przykładem symetrii absolutnej.





Ogród Kwiatowy został założony w manierystycznym stylu włoskim. Pełen jest idealnie przyciętych krzewów, labiryntów i pięknie zdobionych wysokich szklarni. 244-metrowa kolumnada z rzeźbami antycznych bóstw zbudowana została nie tylko po to, aby dopełnić wizji tego miejsca, ale także po to, aby można było korzystać z uroków miejsca także w deszczowy dzień. Bawiono się w niej także w „nimfę Echo” – akustyczna sztuczka sprawia, że słowa szeptane w jednym miejscu są słyszane w drugim. Wewnątrz ośmiobocznej rotundy pośrodku ogrodu, projektant zamontował wiele wodnych igraszek. Nadepnięcie na jedną płytkę powodowało, że nagle na głowę z impetem spadał strumień wody.



Dzień 3 – Wzdłuż Kanału Baty
Taki był plan! Niestety czeskie Morawy potraktowały nas kapryśną pogodą. Do tego doszedł problem ze znalezieniem noclegu i to wszystko pokrzyżowało nasze plany. Dlatego połączyliśmy 3. i 4. odcinek podróży, znacznie je skracając.
Nie mniej jednak warto wspomnieć o tym odcinku posługując się opisem ze strony Czech Tourism:
Ścieżka rowerowa prowadząca wzdłuż zabytkowej drogi wodnej Kanału Baty zaliczana jest do największych atrakcji turystycznych. Tę niezbyt trudną trasę mogą pokonać nawet najmłodsi rowerzyści. (…) Historia Kanału Baty sięga roku 1935. Wówczas wielki przemysłowiec Tomáš Baťa, założyciel znanej na świecie marki obuwniczej Baťa, zainteresował się możliwością uregulowania rzeki Moravy. Firma Baty musiała bowiem transportować lignit z kopalń Ratíškovickich do elektrowni cieplnej w Otrokovicach, która dostarczała elektryczność i ciepło do jego fabryki. Stopniowo powstała trasa wodna o długości 51,8 km, z ponad 13 śluzami wodnymi (…). Atrakcją jest ponad 20 mostów prezentujących ciekawe rozwiązania techniczne, z wybudowanymi przejściami podziemnymi i podcieniami z obniżonymi balustradami. Wzdłuż kanału wiedzie ścieżka rowerowa o długości 80 km. Jeśli masz ochotę, możesz po drodze przesiąść się z rowerem na łódź i dalszą trasę pokonać drogą wodną.
https://www.czechtourism.com/pl/c/bata-canal/

Na południe
My jednak z powodu dość kapryśnej pogody musieliśmy zmienić nasze plany. Wyruszyliśmy na trasę z Velehradu. A w zasadzie to ruszyliśmy i zaraz się zatrzymaliśmy, bowiem naszym oczom ukazała się olbrzymia (OLBRZYMIA!) klasztorna bazylika Wniebowzięcia NMP i św. Cyryla i Metodego. Po śmierci św. Cyryla, w 896 r. św. Metody wyruszył na Morawy i jest szczególnie czczony właśnie w tym miejscu.

Potem pięknie położoną ścieżką 5150 i 5050, prowadzącą przez niewielkie wzniesienia, ruszyliśmy do Uherske Hradiště. W tym miejscu czeskie Morawy przypominają nieco Toskanię. Po dotarciu do miasta wskoczyliśmy na morawską 47-kę w kierunku Hodonina. Ścieżka w wielu miejscach miała po jednym pasie ruchu w każdym kierunku i prowadziła dość ładnymi terenami. Mnie w pamięci pozostanie z tej trasy widok mnóstwa uginających się pod ciężarem owoców śliw. Pamiętam z dzieciństwa rosnące w polach i przy drogach karłowate śliwy, które nagle wycięto pozostawiając opustoszałe miedze. Tutaj na szczęście się ostały i dodają uroku wsiom i miasteczkom.
Przez Uherski Ostroh dotarliśmy do Veselí nad Moravou i nie byliśmy wcale weseli bo zaczęło padać. Do pierwszego postoju – Straznice, w którym znajduje się skansen – pozostało nam trochę ponad 10km. Veselí było jednak ostatnim miejscem na mapie, w którym moglibyśmy wsiąść w pociąg i ruszyć z rowerami w drogę powrotną, co też uczyniliśmy.



Warto w tym miejscu dodać, że mimo weekendu, ani w Olomuńcu, ani w Kromieryżu nie było tłumów. Ba, nie było nawet tłoczno. Taki stan rzeczy bardzo sprzyja zwiedzaniu i poruszaniu się na dwóch kółkach. Za to właśnie uwielbiamy Czechy — że mają wiele atrakcji, a mało ludzi.
Chcesz przeczytać drugą część? Kliknij w poniższy baner!
